POJĘCIE PRAWDY W JĘZYKACH NAUK HUMANISTYCZNYCH
Tytuł mojego referatu jest oczywiście parafrazą tytułu głośnej monografii
Alfreda Tarskiego z 1933 r. pt. Pojęcie prawdy w językach nauk dedukcyjnych.
Sygnalizuje też pewien (częściowy) związek z przedsięwzięciem Tarskiego.
Chciałbym mianowicie, poniekąd podobnie jak Tarski, spróbować określić warunki,
jakim musi czynić zadość definicja prawdy, aby — z jednej strony — była to
definicja formalnie poprawna i merytorycznie trafna (przynajmniej zasadniczo)
oraz — z drugiej strony — dało się ją efektywnie stosować także w naukach
humanistycznych.
Sprawa jest oczywiście kłopotliwa i skomplikowana. Jest kłopotliwa i
skomplikowana m.in. dlatego, że już samo postawienie problemu przymusza nas do
poruszania się na kilku płaszczyznach na raz — przynajmniej trzech, mianowicie:
ontologicznej, metodologicznej i epistemologicznej. Ponadto, jest jeszcze ważny
wzgląd logiczny, na który wskazuje znane twierdzenie Tarskiego o
niedefiniowalności prawdy [w, jak się wyrażał, „językach semantycznie
zamkniętych”]. Jak wiadomo, twierdzenie Tarskiego o niedefiniowalności prawdy
należy do tzw. twierdzeń limitacyjnych współczesnej metamatematyki — twierdzeń,
których rangę trudno jest dziś przecenić.
Mimo to, próby zbudowania definicji prawdy, która, z jednej strony, byłaby
logicznie bez zarzutu, z drugiej zaś, dałaby się efektywnie stosować nie tylko w
językach nauk sformali-zowanych, lecz także w językach nauk empirycznych (a
nawet w języku potocznym), nie ustają. Są też pierwsze rezultaty tych
poszukiwań. Niestety, najczęściej osiągane są one dość znacznym kosztem, np. za
cenę odrzucenia klasycznej definicji prawdy. Zastosowana strategia zwykle też
łączy się z przyjęciem antyrealistycznej semantyki i z przejściem na pozycje
metafizycznego i epistemologicznego antyrealizmu (M. Dummett, H. Putnam).
Powstaje tedy pytanie, czy cenę tę koniecznie trzeba płacić i czy w ogóle aż
tyle płacić warto? Moim zdaniem, nie jest to ani konieczne, ani wskazane.
Owszem, wspomniane koszty są nie do uniknięcia, ale też tylko pod warunkiem, że
posłusznie — w ślad za Dummettem czy Putnamem — przyjmiemy zbyt restrykcyjną
definicję poznania (wiedzy), a tak zwany przez nich „mit danych” zastąpimy
„mitem schematu pojęciowego”.
Ze swej strony, wbrew zwolennikom tej strategii (a w zgodzie z pewnymi starymi
postulatami Husserla), proponuję raczej odwrót od „filozofii pojęć” i zwrot „ku
rzeczom samym”. Dla głównego kierunku moich poszukiwań ważne są przy tym
następujące punkty:
Po pierwsze, zakładam, iż każdy rzeczywiście istniejący przedmiot (wszystko, co rzeczywiście istnieje) dopuszcza możliwość poznania źródłowego. Negatywnie:
wszędzie tam, gdzie możliwość poznania źródłowego jest wykluczona (wykluczona z
zasady), tam przestaje mieć sens mówienie o istnieniu tego czegoś. Założenie to
przyjmuję nie tylko po to, by móc rozróżniać opowieści (narracje) lepsze i
gorsze, bardziej interesujące i mniej interesujące, sympatyczne i
niesympatyczne, użyteczne i nieużyteczne etc., ale przede wszystkim dlatego, by
odróżniać, mówiąc krótko, rzeczywistość od fikcji, fakt od pozoru, świat realny
od świata Matrixa oraz — korelatywnie — odkrywanie od kreowania, poznawanie od
działania, opis od oceny, a wreszcie także, opowieści prawdziwe od bałamutnych.
Po wtóre, zakładam, iż każda metoda poznania (sposób poznania) zawsze winna być
odpowiednio dostosowana do sposobu istnienia i natury poznawanych przedmiotów —
winna uwzględniać ich osobliwości egzystencjalne oraz właściwą im
charakterystykę formalną i materialną (jakościową). Założenie to ma nas chronić
nie tylko przed nieuprawnionym redukcjonizmem (w różnych jego postaciach), ale
wręcz — w skrajnym przypadku — przed „ślepotą poznawczą” (sceptycyzmem i
agnostycyzmem).
Po trzecie, zasadniczo biorę tutaj pod uwagę, a więc także w wypadku nauk
humanistycznych, klasyczną (albo korespondencyjną) teorię prawdy. Wszystkie
inne — tzw. nieklasyczne (inflacyjne i deflacyjne, epistemiczne i
nieepistemiczne) — traktuję jako ważne i poznawczo użyteczne, ale też zarazem
jako jedynie pomocnicze względem klasycznej.
Po czwarte, gdyby założyć, że nauki humanistyczne (historyczne i filologiczne)
można, bez ryzyka naturalizacji, uznać za nauki empiryczne, wówczas kwestia
sformułowania adekwatnej definicji prawdy (w językach tych nauk) prawdopodobnie
nie przedstawiałaby jakichś specjalnych trudności. Tym bardziej, że próby takie
były i są podejmowane (Grobler, Kałuszyńska). Poza tym, źródłowość dostępu do
rzeczywistości empirycznej, choć od zawsze żywo dyskutowana i ciągle na nowo
problematyzowana, ma tutaj raczej małe szanse na radykalne zakwestionowanie i
ew. odrzucenie (niezależnie od tego, jak dalece ekstrawaganckie pomysły są
zgłaszane). Rzecz jednak w tym, że do trudności, które niosą ze sobą
metodologiczne osobliwości nauk empirycznych, dodają się trudności, które
implikuje metodologiczna osobliwość humanistyki, np. metodologiczny holizm,
odniesienie do wartości, sprawa rozumienia etc..
Dlatego, po piąte, jeśli naturalistyczny paradygmat nauk empirycznych istotnie
okaże się niestosowalny do humanistyki, będziemy przymuszeni powędrować drogą
konsekwentnego antynaturalizmu: ontologicznego i metodologicznego. A to z kolei
będzie znaczyć, że będziemy skazani albo na rozwiązanie Popperowskie, albo na
rozwiązanie Ingardenowskie. Żadne z nich nie wyklucza jednak wiedzy źródłowej.
Wytwory kultury — bez względu na to, czy ulokujemy je w Popperowskim „Trzecim
Świecie” (W-3), czy też nadamy im status nieautonomicznych bytowo przedmiotów
intencjonalnych — dopuszczają różne sposoby ich poznawania i różne formy
świadomościowej obecności: od bezpośrednich i naocznych (quasi-percepcyjnych),
po pośrednie i nienaoczne (pojęciowo-dyskursywne).
Znaczy to, że — po szóste — kwestia zbudowania adekwatnej definicji prawdy dla
tych nauk nie przedstawia się beznadziejnie. W najgorszym razie, i co najwyżej,
przyjdzie nam za-dowolić się pojęciem korespondencji w sensie słabym (teoriomodelowym),
a wiec pewnym wariantem semantycznej teorii prawdy.
Przypuszczam tedy, że — po siódme — nawet na gruncie nauk humanistycznych
za-chodzi realna możliwość uniknięcia niebezpieczeństw, które wynikają, jak to w
swoim czasie ujął Hilary Putnam, ze „skolemizacji absolutnie wszystkiego”.
Trzeba tylko nie wpaść w pułapkę, którą czasami (słusznie) określa się „mitem
schematu pojęciowego” — przekonania (tezy) o wszechobecności i wszechwładzy
układów pojęciowych. Bo jeśli mimo wszystko coś takiego nam się przytrafi, to
wówczas — istotnie — nie pozostanie nic innego, jak potulnie przystać na
antyrealizm: w różnych jego odmianach (semantyczny, epistemologiczny,
metafizyczny) i ze wszystkimi jego reperkusjami, także w teorii prawdy.
Józef Dębowski